Menu

Ku racjonalnej informatyce w biznesie!

Różne techniki informatyczne, często niezwykle zaawansowane, to obecnie konie pociągowe, które mają firmowy wóz pociągnąć bez przeszkód i z impetem w stronę legendarnego El Dorado. Jak dotrzeć do celu? Jak prowadzić wóz nie narażając wozu, woźnicy i pasażerów? W drogę!

Eh, wejdę sobie do Internetu

janusz.miroforidis
Internet spuchł do niebotycznych rozmiarów i wciąż puchnie. Z roku na rok coraz łatwiej wszystkim nam z niego korzystać zarówno z urządzeń stacjonarnych, jak i przenośnych. „Transfery” kupowane u operatorów sięgają kilkudziesięciu gigabajtów miesięcznie i są dostępne w najnowszych technikach realizacji połączeń bezprzewodowych. Słowem – Internet mamy zawsze pod ręką i korzystamy z umieszczonych w nim treści na potęgę kiedy i gdzie chcemy. Dobrze to, czy źle?
 
Z jednej strony to nawet bardzo dobrze! Wszak WWW (skupimy się na tej części Internetu) wymyślono po to, żeby w łatwy sposób dzielić się treściami oraz nawigować pomiędzy nimi. Pierwotnie WWW służyło fizykom, a obecnie w tym jakże wielkim kotle ląduje wszystko, co ma cyfrową postać. Ten niezwykły wynalazek, wraz z mechanizmami wyszukiwania treści (załóżmy milcząco, że nie skażony reklamami), pozwala ludziom w bardzo łatwy sposób docierać do treści, do których w przeszłości nie mogliby łatwo dotrzeć (np. elektroniczne wersje podręczników). W obecnych czasach prawie każdy ma możliwość publikowania własnych treści. Bez znaczenia, jaki jest ich nośnik. Czy to serwisy społecznościowe, blogi, czy strony WWW, każdy może w niezwykle prosty sposób stać się dostawcą treści, których być może inny człowiek będzie poszukiwał. Ja sam nie korzystam prawie nigdy z papierowych wersji dokumentacji bibliotek programisty, czy też opisu działania funkcji języka, w którym tworzę aktualnie oprogramowanie. Potrzebuję recenzji jakiegoś produktu? Otrzymam go nie tylko w postaci opisu tekstowego, okraszonego „łapkami”, gwiazdkami etc. Mogę oglądnąć film, w którym ktoś dokładnie opisał działanie produktu. Od momentu rozpakowania go z kartonu. Dzieci w wieku szkolnym doceniają chyba Internet najbardziej. Stanowi on przedłużenie ich mózgów do tego stopnia, że wiele z nich przestało czytać lektury szkolne. Czyta się w Internecie streszczenia, streszczenia streszczeń oraz opracowania lektur szkolnych (tu do wyboru dziesiątki różnych wersji). Zadania domowe, odrobione przez klasowego guru z fizyki, po zeskanowaniu trafiają na „fejsa”. Często cała klasa powiela tym samym błąd, który ów guru popełnił.

Dokumenty, szablony dokumentów, wzory podań do wszystkich możliwych instytucji. Reasumując pod ręką jest wszystko, czego współczesnemu Homo Internetus (zaczerpnąłem z Internetu) potrzebuje do życia w świecie realnym oraz wirtualnym. Żyć nie umierać, prawda? Wizja globalnej biblioteki cyfrowej spełnia się, „bomba megabitowa” śp. Mistrza Lema eksplodowała, a cyfrowy opad popromienny zmienia nas coraz bardziej. Zmienia nas, ale i nasze dzieci, które nas obserwują i naśladują.
 
Co widzę złego, a może niepokojącego w takim rozwoju wydarzeń? Otóż w kontekście „Internetu dla firm” niepokoi mnie to, że ludzie zbyt ochoczo idą na łatwiznę. Pobranie przykładowej strategii marketingowej firmy handlowej nie jest problemem. Łatwo można przykład przerobić do własnych potrzeb. Po co się trudzić i wymyślać. Leniwy pracownik może się znaleźć także u konkurencji, zatem obie firmy zaczną realizować podobne strategie marketingowe. Inne zadanie mogłoby polegać na opracowaniu schematu jakiegoś procesu biznesowego. Łatwo pobrać przykładowy schemat, a skoro to już mam, to może i u nas w firmie się sprawdzi. Po co analizować wewnętrzne uwarunkowania mojej firmy, jej cechy szczególne, które mogą decydować o tym, że pobrany szablon procesu może być zupełnie nietrafiony. Po co tworzyć własną bibliotekę funkcji, skoro można pobrać darmową ich realizację i (jeśli działamy w zgodzie z literą prawa) użyć w projektowanym oprogramowaniu, nie zastanawiając się np. nad kwestiami bezpieczeństwa, czy też wydajności przy naszej skali problemu. W każdym z wymienionych tu przypadków, mniej leniwy pracownik dokona jednak jakiejś analizy pobranych treści, co może skutkować nie skorzystaniem z tych treści, gdy ktoś już np. wpadł na pomysł podobnej strategii działań marketingowych. Chwała takiemu pracownikowi, kary za plagiat nie będzie.
 
Z całą stanowczością chcę przekazać, że nie jestem przeciwnikiem Internetu. Jestem jego wielkim fanem, uważam (nie będę tu oryginalny) go za jedno z największych osiągnieć techniki. Uważam też, że w wielu wypadkach nie należy wyważać otwartych drzwi i śmiało należy korzystać z rozwiązań stworzonych przez życzliwych Internautów. Jednak są okoliczności, w których tępe kopiowanie nie przynosi korzyści. Podałem powyżej zaledwie kilka przykładów, w których wymaga się pewnej wyobraźni, ale przecież wszelkie ludzkie działania, wymagające kreatywności, wymagają też wysiłku. Wysiłku w pierwszej kolejności polegającego na tym, żeby sprawdzić, czy ktoś już w podobny sposób nie działa (wyszukiwarki treści stają się tu bardzo przydatnym narzędziem), a w drugiej – na twórczej pracy, prowadzącej do wypracowania nowego rozwiązania.
 
Korzystając z Internetu w pracy na użytek służbowy, zastanawiajmy się, do jakiego stopnia możemy z jego dobroci korzystać. Wykorzystujmy elektroniczny szósty zmysł Człowieka Internetu do tego, żeby nie osiąść na mieliźnie naszych możliwości. Obecne czasy są niezwykle trudne dla biznesu. Wypracowanie przewagi konkurencyjnej nie jest łatwe, wyniki kreatywnej pracy jednostki i tak w jakiejś mniej lub bardziej szczątkowej postaci przenikną dosyć szybko do Internetu, ale warto pracować nad rozwiązaniami oryginalnymi. Po spotkaniach roboczych w naszych firmach, na wzór rycerzy Jedi, wypowiadajmy „Niech Internet Cię nie rozleniwia”. Wtedy moc będzie z nami.
 
J.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • wtg24

    Wiadomo, internet jest o wiele bardziej rozwinięty i ogólno dostępny, co daje o wiele wieksze mozliwosci dla kazdego poniewaz w internecie jest wszystko q

© Ku racjonalnej informatyce w biznesie!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci